wtorek, 7 listopada 2017

Książkowe komeraże #12 czyli Szepty Kamieni i CO Z TĄ ISLANDIĄ?

"Szepty kamieni" Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak, Wydawnictwo Otwarte 

Tak się w moim życiu zdarzyło, że miałam okazję być na Islandii. Co zwiedziłam, zobaczyłam i wymarzłam to moje. Miałam nadzieję, że Szepty kamieni zabiorą mnie z powrotem do tego kraju pełnego absurdów. Ale okazało się, że czekało na mnie tylko zdziwienie, bo kraj, który wyziera z kartek książki Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka to nie jest Islandia, którą ja poznałam.



Zbyt poetycko

Przede wszystkim jest zbyt poetycko i zbyt smutno.. Oczywiście, temat, który wybrali autorzy, zmusił ich do spojrzenia na islandzkie życie pod konkretnym kątem. Opuszczone miejsca, zapomniane budynki i historie, które wybrali, przytłaczają swoim ciężarem. Trudno opowiadać o nich z wesołością. Ja jednak wyznaję zasadę, że jeśli mamy z czego się cieszyć, to się cieszmy i jeśli mamy poznawać jakieś miejsce, to znajdźmy więcej pozytywnych niż tych negatywnych stron. W związku z tym chciałabym opowiedzieć wam o Islandii takiej, jaką ja ją znam. Jeśli jesteście ciekawi, to zostańcie ze mną na kilku minut. Zasiądźcie wygodnie i poczytajcie :)



Kraj absurdu

Islandia to kraj, w którym absurd goni absurd. Moja wycieczka tam była wycieczką typowo turystyczną, natomiast moja rodzina mieszka na Islandii, a mój tata był wtedy po dwuletnim pobycie tam. Pozwoliło mi to spojrzeć na ten kraj z trochę innej strony, niż zrobiłby to typowy turysta.



Chcecie absurdu? Wyobraźcie sobie, że jedziecie przez wielkie NIC. Przed wami pusta droga. Z prawej wielkie połacie niczego. Z lewej najpierw skały, trochę wodospadów, ale potem również wielkie połacie niczego. Głos z GPSu mówi za 254 km skręć w lewo. Nagle na środku niczego pole kamieni. A wśród nich tablica informacyjna. Wiecie, po co te kamienie? Dla elfów. Wiadomo. Bo to przecież elfy sprawiają, że mroźna i ponura Islandia jest pełna absurdu.

 

Po przeczytaniu tysiąca ulotek, blogów, artykułów masz w końcu listę miejsc, które chcesz zobaczyć. Nic prostszego. Włożyć ciepłe buty, czapkę, kurtkę i pojechać. Prawda? No nie prawda. Nie da się. Trzeba jeździć w kółko, aż niechcący trafisz na miejsce, w którym stoi kilka samochodów  — to informacja dla turystów Tu jest coś fajnego, trzeba się zatrzymać. Znaki? Kto na Islandii słyszał o znakach? Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że kiedy miniesz jakieś małe nic nie znaczące skrzyżowanie, po chwili zobaczysz niewielki znak. Jakby chcieli ci powiedzieć: No tak, tu były te gejzery, co to chciałeś do nich skręcić. Miłego dnia. :)




Jakimś cudem docierasz na miejsce. Jest pięknie, cudownie, niesamowicie. Trafiłeś do raju. Polak postawiłby tu tysiąc budynków i budek. Cieszysz się, że na Islandii można oglądać naturę, w której nie ma ingerencji człowieka. Do czasu. Do czasu aż widzisz kilkusetmetrową przepaść, od której oddziela cię odrobina twojego rozsądku. Bo tylko rozsądek mówi ci, by nie podchodzić za blisko. Nie ma żadnego ostrzeżenia. Tak naprawdę, to jest. Kilka metrów cienkiej linki. Biorąc pod uwagę, że spacer nad przepaścią ciągnie się kilkaset metrów, to nie bardzo rozumiesz, po co w ogóle ta linka tam jest. W myślach widzisz dumnego Islandczyka: Patrz, jak pięknie chronimy turystów! Jest fajnie, ale przemarzłeś na kość i napiłbyś się ciepłej herbaty, prawda? No niestety, na Islandii natura to natura  — czajników brak. Już macie ruszać w dalszą trasę, ale rozglądasz się jeszcze za toaletą. Pewnie już się domyślasz, co będzie. Masz do wyboru 150km do najbliższej stacji lub pobliskie krzaki. Ah, nie! Krzaki to w Polsce. Na Islandii nie ma krzaków. 


Podczas podróży wdajesz się w pogawędkę z Islandczykiem. Ty mówisz, gdzie już byłeś, co zwiedziłeś. On opowiada ci, że musowo musisz jechać do Akureyri. Musowo zobaczyć dwa miejsca: Wioskę Świętego Mikołaja i Ogród Botaniczny. Słyszysz, że niesamowite, że wspaniałe, że nie do uwierzenia. Ogród? Nigdy w życiu nie widziałeś takich roślin. Wioska? Park rozrywki. Przeniesiesz się na biegun. Przeżyjesz przygodę życia. Docierasz na miejsce. Ogród botaniczny? Właściwie to bywałeś w ciekawszych parkach w Polsce. Rezygnujesz, gdy widzisz wielką informację o niesamowitym rodzaju roślinności, a patrzysz na zwykłą koniczynę. Próbujesz dotrzeć do Wioski Świętego Mikołaja. Jakimś nadludzkim wysiłkiem w końcu skręcasz w dobrą drogę. Z oddali widać jakiś domek, który rzeczywiście przypomina te z bajek o biegunie północnym. Podchodzisz. No i jest. Jeden domek i urocza zielono-czerwona toaleta, z której na pewno korzysta  Mikołaj. Tyle. W sensie, to właśnie ta wioska. Ale jeszcze się nie nauczyłeś, nie tracisz nadziei. Dziwisz się, że nie chcą, żebyś kupił bilet wstępu. Wchodzisz do środka i... to sklep. Owszem. Świąteczny, bajkowy, przepiękny. Można się obkupić i wydać miliony. Ale to tylko sklep. Tyle z wioski.


Postanawiasz wysłać kartkę pocztową do rodziny. Idziesz na pocztę, licząc na to że dogadasz się bez problemu bo przecież na Islandii język angielski to praktycznie drugi język. Idziesz do pani w okienku, tłumaczysz po angielsku, o co ci chodzi, pani uśmiecha się szeroko i potakuje głową, więc oddychasz z ulgą. Udało się. Mówisz więc dalej przez kolejne kilka minut, na co pani z jeszcze większym uśmiechem odpowiada ci po islandzku. Na twoje głośne Hę? mówi jeszcze więcej słów po islandzku. Ty nie rozumiesz ni w pięć, ni w dziewięć i próbujesz znowu po angielsku. Prościej, może wcześniej użyłeś zbyt trudnych słów? I kiedy tak się męczysz zerkasz na panią jeszcze raz. Ona rozumie cię idealnie. Widzisz po uśmiechu. I słyszysz, jak znowu mówi do ciebie po islandzku. Dlaczego? Prawdopodobnie jedyną mądrą odpowiedzią będzie: Bo tak.


Innym razem idziesz zrozpaczony do sklepu bo zepsuł ci się kabelek do aparatu no i jak teraz żyć? Przeszukujesz cały sklep. Nie ma. Wiedząc, że to jedyny sklep w mieście idziesz do kogoś z obsługi spytać o kabelek. Pytasz. I nagle cały sklep patrzy na ciebie, jak na kosmitę. Po co kabelek? Zepsuł się, to się zepsuł. Na.. drążyć temat? Po pół godzinie rozmowy, z której nic nie wynika, dowiadujesz się, że gdzieś koło poczty jest sklep elektroniczny. Idziesz tam. Wchodzisz. Dwa telefony, jedna ładowarka, paczka baterii. Cały asortyment. Koniec końców poruszasz pół miasteczka (dosłownie, miasteczka na Islandii nie są duże) i w końcu jakiś Polak ma taki kabelek i pożycza na jeden dzień. Wiesz co się okazuje? Że to nie ten kabelek. Jedyna opcja? Zamówić z Reykjaviku. Dojdzie pewnie, jak już będziesz od dwóch tygodni w Polsce. 


Jeśli twoją bazą wypadową jest zwykłe mieszkanie, a nie hostel masz okazję poczuć jak wygląda prawdziwe islandzkie życie. Jadąc rano na wycieczkę widzisz, że przy jednym z domów stoi ekipa budowlana i rozładowuje sprzęt. Jedziesz dalej, widzisz grupę nastolatków ubranych w ogrodniczki, rękawiczki i odblaskowe kurtki przeciwdeszczowe. Jedziesz dalej. Docierasz na miejsce przeznaczenia (pamiętamy, że po zrobieniu kilku niepotrzebnych kółek, i po kilku przekleństwach na widok znaków ustawionych kilka metrów za skrętem), oglądasz, co masz oglądnąć, zachwycasz się, czym trzeba i wracasz. Ale nagle musisz stanąć, bo na środku drogi leży baran i patrzy na ciebie, jakbyś właśnie wszedł na jego teren. Trąbisz. Owce, które siedziały koło niego, wstają ociężale i schodzą ci z drogi. Baran stoi dalej, no bo co? Bo niby dlaczego miałby zejść? Więc robisz przedziwny manewr wymijania, trąbiąc jak opętany, a baran patrzy się na ciebie jakbyś był co najmniej nic nie wartym robalem. Jak już docierasz do domu, widzisz tę samą grupę dzieciaków, która babrze się w ziemi i sadzi w deszczu (deszcz na Islandii to stan normalny, jak akurat nie pada to mamy stan przejściowy między jednym deszczem, a drugim) jakieś kwiatki. Docierasz do domu i widzisz tę samą ekipę remontową co rano. Rozpakowali może jedną trzecią auta. I widzisz jednego robotnika, jak wiezie coś na taczkach. Watę szklaną wiezie. Jedno opakowanie. Chłop. Dorosły. 


Siadasz w domu na kanapie i zastanawiasz się:  co tu się wyprawia? Wtedy przychodzi z pomocą ktoś, kto mieszka na Islandii już jakiś czas. I opowiada: Te dzieciaki to sposób rządu na to, jak zająć dzieciom czas podczas wakacji, żeby nie robiły głupstw, miały zajęcie, a przy okazji miały trochę kasy  — takie kieszonkowe od państwa. Dają im wiaderko i łopatkę i każą upiększać miasto zielenią. A dzieciaki poszwendają się, pośmieją, pogadają, tu coś zasadzą, tu przez godzinę wypielą grządki. A na koniec tygodnia dostają wypłatę równą połowie wypłaty robotnika na hucie. A robotnicy? Kiedyś budzimy się rano, wychodzimy przez drzwi do pracy, a tu rusztowanie na całej długości naszego domu. Idziemy się spytać, co jest grane. Ano właściciel budynku postanowił zrobić remont dachu i nas nie poinformował. Ok. Chcemy jechać do pracy, ale garaż zastawiony rusztowaniem. No to idziemy do robotników. Panowie! No co panowie?! Trzeba było zapukać, powiedzieć, to my byśmy sobie wyjechali autem. Panowie w ogóle nie wyglądają na przejętych, może raczej zdziwionych. Mówią, że jak trzeba, to oni zdejmą to rusztowanie. Że nie ma problemu. No to następne pół dnia zdejmują rusztowanie. Wyjechaliśmy autem. No to rusztowanie od nowa. No i co? I dniówka do kieszeni, a nic nie zrobione. Aha. A czemu tacy zdziwieni byli? Bo jakby zastawili garaż Islandczykowi, to Islandczyk przez pół roku jeździłby do pracy z sąsiadem. 
To co? Wystarczy tego absurdu? ;)


"The little book of the Icelanders" Alda Sigmundsdottir

Powyżej przedstawiłam wam moją wizję Islandii. Oczywiście, historii i anegdot jest więcej, ale kto by to czytał. Tekst opowiedział wam o tym całym absurdzie, a zdjęcia o tym niesamowitym pięknie. I właśnie dlatego tak bardzo nie pasuje mi smutna opowieść autorów książki Szepty kamieni. Ale doceniam, przypomniałam sobie miejsca, w których byłam, przypomniałam sobie surowość jaka tam panuje i zimno, które przenika do kości. Islandia jest bajkowa, trochę jak z innej planety, ale jest też absurdalna w ten śmieszno-irytujący sposób, że często zwyczajnie nie wiesz co powiedzieć. Książeczka, o której wspominam w podtytule The little book of the Icelanders jest dużo bliższą mi opowieścią o Islandii, więc jeśli kiedyś będziecie mieli okazję po nią sięgnąć to gorąco zapraszam.   






Aha! A wiecie czym się różni świeży turysta od turysty, który spędził już kilka dni na Islandii? Parasolem. To najmniej przydatna rzecz na Islandii. Co jest o tyle dziwne, że na Islandii pada ZAWSZE. A jak nie pada, to właśnie przestało bądź właśnie się zbiera na deszcz. ;)


To co? Jedziecie na Islandię? Odkryć własne absurdy? :D






wtorek, 31 października 2017

Plan minimum - listopad 2017

1. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte

Romanse nie są dla mnie, ale podobno tutaj mamy romans w tle innych zdarzeń. No cóż, raz na jakiś czas dobrze przeczytać jakąś klasykę, prawda? "Dumą i uprzedzeniem" była oczarowana, więc mam nadzieję, że po tej lekturze również będę zadowolona!





2. "Początek" Dan Brown, Wydawnictwo Sonia Draga

Tak, wiem, że każda kolejna jego powieść jest wtórna. Wiem, że mamy ciągle ten sam schemat. Wiem, wiem, wiem. Zdaję sobie sprawę ze wszystkich wad książek Browna. Nie zmienia to jednak faktu, że dla mnie jest to rozrywka w czystej postaci. Uwielbiam i już przebieram nóżkami na samą myśl o tym, kiedy zacznę ją czytać! 




3. "Wróbelek z kości" Zana Fraillon, Wydawnictwo Poradnia K

Jestem przygotowana na bardzo smutną historię. Trochę się boję, a trochę się cieszę, że przeczytam o trudnym temacie uchodźców z innej strony.



4. "Właśnie Izrael" Eli Barbur, Krzysztof Urbański, Wydawnictwo Poradnia K

Uwielbiam poznawać nowe miejsca, uwielbiam zwiedzać. Ale wiadomo, nie każdy jest na tyle odważny, by pojechać autostopem z jednym plecakiem. Ja na pewno nie jestem, a żeby zwiedzać z mniejszą ilością ryzyka, trzeba mieć trochę więcej kasy. A z kasą to wiadomo, jak to bywa ;) Tak czy siak, jak nie mogę gdzieś pojechać, to mogę poczytać. Większość przewodników to suche fakty. Liczę jednak, że Właśnie Izrael to kompletne przeciwieństwo zwykłego przewodnika. To się okaże ;)


piątek, 6 października 2017

Podsumowanie września 2017

 Podsumowując

U mnie we wrześniu 5 książek przeczytanych,kilka, które zasiliły moją biblioteczkę i jedna rozpoczęta. Postanowienia się trzymam  — książki to przedwczesne urodzinowe prezenty ;) 





1. "Czerwona gorączka" Andrzej Pilipiuk, Fabryka Słów

No i tak opowiadałam o tym, jak to dobrze mieć książki-pewniaki, na których wiesz, że się nie zawiedziesz. Tymczasem Czerwona gorączka była chyba najgorszym zbiorem opowiadań Pilipiuka, jakie do tej pory czytałam. Co nie oznacza, że była definitywnie zła, czytało mi się ją po prostu gorzej niż wszystkie wcześniejsze. 

3. "Namiestnik" Adam Przechrzta, Fabryka słów

Dalsza część Adepta, który ogromnie mi się podobał. Co tu dużo mówić, książka trzyma poziom, nie mam żadnych zastrzeżeń. Świat fantasy przenika się z historycznymi wydarzeniami w idealnych proporcjach. Po więcej zapraszam TUTAJ


3. "Kot, którego tam nie było" Lilian Jackson Braun

Zwykle lubiłam te krótkie kryminały, ale tym razem odkryłam zakończenie jeszcze przed połową książki. Chyba potrzebuję czegoś bardziej złożonego ;)

4. "Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben, Wydawnictwo Otwarte

Peter Wohlleben ma wybitny talent do opowiadania o przyrodzie, a ja uwielbiam poznawać kolejne ciekawostki na jej temat. Lektura tej książki na pewno wyzwoli w was pokłady skrywanej empatii. Więcej o obu jego książkach znajdziecie TUTAJ

5. "Quidditch przez wieki" J.K. Rowling, Media Rodzina

Wiadomo. Wszystko, co dotyczy Pottera jest super i kolejny podręcznik z Hogwartu też jest super. Nie ma co gadać ;)



 

wtorek, 3 października 2017

Konfrontacja #4 czyli Duchowe życie zwierząt i Sekretne życie drzew

Zielony nurt

Ostatnimi czasy wydawnictwa prześcigają się w wydawaniu coraz to nowszych książek na tematy okołoprzyrodnicze. Dla mnie to czytelniczy raj. Uwielbiam i chcę wszystko. WSZYSTKO. ;) Na ten moment mam za sobą dwie książki Petera Wohllebena i jestem zachwycona! 


 

"Sekretne życie drzew" Peter Wohlleben, Wydawnictwo Otwarte

Wow. Nie da się tego opisać innymi słowami. O 90% ciekawostek z tej książki nie miałam pojęcia. Mój umysł raz za razem bliski był eksplodowania od nadmiaru wiedzy. Trochę przesadzam oczywiście, nie jest to książka, która zmieni wasze życie w znaczący sposób, ale to prawda, że już nigdy nie spojrzycie na drzewa w ten sam sposób. Mnogość procesów, zaradność i bogate życie społeczne to tylko kilka aspektów opisanych w Sekretnym życiu drzew

Całkiem niedawno, jakieś tysiąc lat po premierze, miałam okazję oglądnąć film Avatar. Kto zna, ten wie, że planeta w dosłownym znaczeniu tego słowa żyła. Rośliny mogły się ze sobą komunikować i przekazywać swą wiedzę innym istotom. Sekretne życie drzew udowadnia, że to nie tylko fantastyczna bajka. To dzieje się naprawdę.


"Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben, Wydawnictwo Otwarte

Po poznaniu magii lasów, postanowiłam przejść do zwierząt. Poznałam mnóstwo ciekawostek. Odkryłam krwiożerczą cechę wiewiórek, o której nie miałam pojęcia. Dowiedziałam się, dlaczego te wszystkie uporczywe owady latają wokół lampy. Chcecie też wiedzieć? Zajrzyjcie do książki!

Mam jednak pewne obawy, że autor zbyt często opiera się na własnych poglądach i obserwacjach, a nie na naukowych sprawdzonych teoriach. Czasem brakuje czysto badawczego spojrzenia. 

12 lat temu postanowiłam nie jeść mięsa, a ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że mój wybór był dobrym wyborem. Moje instynktowe przeświadczenie o uczuciach i samoświadomości towarzyszącej zwierzętom, Peter potwierdza na każdej stronie. Polecam przeczytać ją każdemu. Zarówno wegetarianom, jak i mięsożercom. Nie każdy musi od razu zostać zdeklarowanym weganinem, ale myślę, że ta książka pomoże każdemu odnaleźć w sobie odrobinę empatii. 

Dajcie znać czy czytaliście, a jeśli tak to która z tej dwójki wygrywa! Dla mnie zdecydowanie Sekretne życie drzew!

niedziela, 1 października 2017

Przeczytaj i podaj dalej IV - wielka wymiana książkowa






 

Przeczytaj i podaj dalej

Dziewczyny z Save the Magic Moments oraz Socjopatka organizują Wielką Wymianę Książkową, a ja postanowiłam się przyłączyć! 

Ważniejsze z zasad:

• Akcja trwa od 1 do 10 października 2017 r.
• Udział w akcji może wziąć każdy - nie tylko bloger!
• Książkami się wymieniamy, nie sprzedajemy! 

• Warto zajrzeć do pomysłodawczyń wymiany - tam dowiecie się więcej! 
Oznaczamy akcję #przeczytajipodajdalej4



Oto moja lista:

1. "Kropki" Włodek Markowicz, flow books, stan bdb, przeczytana raz


2. "Całując ul" Jonathan Carroll, Rebis, stan db, zagięty róg okładki, WYMIENIONA za "Paragraf 22" z Uśmiech w Oczach


3. "Frankenstein" Mary Shelley, Collins Classics, stan db, wersja kieszonkowa, książka w oryginale


4. "Kiki van Beethoven" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova, stan bdb, przeczytana raz, twarda okładka WYMIENIONA na Antipolis z Ostatnia Kropka

 

5. "Piąta góra" Paulo Coelho, Drzewo Babel, stan bdb, przeczytana raz

 

6. "Ogród Zuzanny" Debbie Macomber, stan db, wydanie kieszonkowe

 

 Zainteresowało was coś z listy?

 

 

 


 

piątek, 29 września 2017

Plan minimum - październik 2017



1. "Szepty kamieni" Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak, Wydawnictwo Otwarte

Mam to szczęście, że miałam okazję być kiedyś na Islandii. Byłam i się zakochałam. Chociaż mój tata, który spędził tam trochę więcej czasu, twierdzi, że się zakochałam, bo byłam w tym jasnym okresie. Gdybym przyjechała podczas nocy polarnej, prędzej wpadłabym w depresję. Nie wiem, jakby było, ale jestem ogromnie ciekawa każdego innego spojrzenia na ten dziwny kraj.  

 

2. "The Sagas of Icelanders", Punguin Classics

Wracając z mojej islandzkiej wyprawy, znalazłam tę książkę na lotnisku. Miotałam się długo. Kupić czy nie kupić? Ale w końcu kupiłam. I do tej pory się za nią nie zabrałam. Przeraża mnie jej grubość i obawiam się, że język, mimo bardzo dobrej znajomości angielskiego może być wyzwaniem. Mam pewność, że nie przeczytam tej książki jednym tchem, ale mam plan czytać wieczorami po jednej opowieści. Może do końca tego roku uda mi się skończyć?

 

3. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte, Oxford Educational

Okładka koszmarek, ale toż to klasyka! Nie pałam miłością do romansów, ale Wichrowe wzgórza miałam w planach chyba już od podstawówki. Mam nadzieję, że będzie chociaż w połowie tak dobra, jak Duma i uprzedzenie.

 

4. "Przygody Baltazara Gąbki" Stanisław Pagaczewski, Wydawnictwo Literackie

Baltazara Gąbkę miałam okazję poznać dawno temu, kiedy w dzieciństwie wpadł mi w ręce jeden z tomów jego przygód. Aktualnie nie pamiętam ani tytułu, ani treści. Zostało mi miłe wspomnienie towarzyszące czytaniu, więc chcę do niego powrócić. Kto jeszcze czyta książki dla dzieci? ;)





 Czytaliście coś z tej krótkiej listy? Dajcie znać!
 







niedziela, 3 września 2017

Podsumowanie sierpnia 2017

Mój sierpień to 8 przeczytanych książek. Jeden duży zawód. Jeden wielki zachwyt. Dajcie znać w komentarzu o swoich sierpniowych zachwytach i zawodach sierpnia!
 


1. "Gniew i świt" Renee Ahdieh, Wydawnictwo Filia

Ah, moje wielkie rozczarowanie. Liczyłam na prawdziwie magiczną opowieść, a dostałam krótki film na podglądzie wideo. Tutaj dokładniej wyjaśniam, co mam na myśli. 




2. "Wybranka Bogów. Tom 2 Kara" Jane Mysen

Wikińska saga, która leżała na mojej półce wystarczająco długo. Pora w końcu się za nią zabrać. Dawno temu przeczytałam kilka tomów i szczerze mówiąc, nie mam pojęcia dlaczego przerwałam. 




 

3. "Motylek" Katarzyna Puzyńska, Prószyński Media

Jeden z kryminałów polskich autorek, które przeczytałam w ostatnim czasie. Tutaj możecie poczytać o różnicach i podobieństwach tej książki z innym kryminałem, również polskiej autorki. A ja już wiem, że niedługo wracam do przygód Lipowa! 


 

4. "Piękne życie" Shauna Niequist, Wydawnictwo Znak 

Dla mnie przestroga przed tym, kim mogłabym się stać, gdybym w porę nie zauważyła, w jakim kierunku podążam. Dla innych historia-inspiracja jak zmienić i poprawić swoje życie. Trochę chaotyczna lektura, ale można wyciągnąć z niej coś dla siebie. Tutaj przeczytacie o niej więcej. 


 

5. "Świat Dysku. Straż nocna" Terry Pratchett, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Pomału, powoli dążę do przeczytania wszystkich tomów z serii. To jest mój pewniak. Mam 100% pewności, że się nie zawiodę. Tutaj więcej.



 

6. "Operacja Dzień Wskrzeszenia" Andrzej Pilipiuk, Fabryka słów

Absolutne pierwsze miejsce tego miesiąca! Książka jest świetna, pozbawiona tego, co czasem mnie drażni w twórczości Pilipiuka i jest to idealny temat na ekranizację! Więcej zachwytów tutaj.




7. "Alkaliczny Detoks" Beata Sokołowska, Wydawnictwo Muza

Przeczytałam. Przemyślałam. Zastanowiłam się, ale jeszcze chyba nie jestem gotowa na przejście detoksu. Myślę nad nim jednak intensywnie, mam nadzieję, że kiedyś przejdę do czynów. Lubię od czasu do czasu czytać książki o zdrowym odżywianiu. Najczęściej przypominają mi to, co już wiem i dają kopa do działania.  

 

8. "Gniazdo" Cynthia D'Aprix Sweeney

Główna opinia, która pojawia się o tej książce w mediach to "cudowna okładka i średnia treść". Częściowo się zgodzę, szału nie ma i pewnej części ciała nie urywa, ale mi czytało się ją całkiem dobrze, zwłaszcza ostatnie kilkadziesiąt stron. Historia rodzeństwa, w której dużą rolę odgrywają pieniądze, ma jedną dużą wadę, którą zauważyłam może dopiero w połowie książki. Nie ma określonego celu, do którego czytelnik może dążyć, nie ma możliwości kibicowania bohaterom, bo nie bardzo wiemy, do czego tak naprawdę bohaterowie chcą dojść. W kryminale wyczekujemy odpowiedzi na to, kto zabił, w romansie czekamy na pierwszy pocałunek, a w Gnieździe nie bardzo wiemy, na co powinniśmy czekać. Wydaje mi się, że stąd wynika większość złych ocen. Mimo wszystko nie żałuję spędzonego przy niej czasu. 





Najlepsza książka sierpnia: Operacja Dzień Wskrzeszenia

Najsłabsza książka sierpnia: Gniew i Świt